Atlas Wysoki - Warzazat - Erg Chebbi


Gotowi na dalszą wyprawę? Tym razem będzie zdecydowanie mniej cywilizowanie.

Opuszczamy Essaouirę. Walizki zapakowane do samochodu, najmłodsze dziecko wyzdrowiało uleczone tutejszymi sokami z trzciny cukrowej i granatu, więc możemy jechać!

Ruszamy na południowy wschód Maroka – na pustynię Erg Chebbi. Tam spędzimy Wigilię Bożego Narodzenia. Ale najpierw musimy przejechać przez Góry Atlas.

......
......

Droga nie jest łatwa: z Essaouiry jakieś 3,5-4 godziny do Marakeszu, a z stamtąd kolejne 4 godziny do Warzazat. Dzień spędzony w samochodzie, więc nie myślcie, że było różowo Dzieciaki dawały „czadu". A to pić, a to jeść, a to „siku", a to gorąco, za chwilę zimno, albo za twarde siedzenia albo nudno;) I chętnie by się dało komórkę lub tablet, byleby tylko mieć chwilę spokoju! Dałoby się, dało, nawet Idealny Rodzic w końcu by się poddał trzem terrorystom uzbrojonym tylko w gadatliwe języki. Nawet stare przysłowia "wiedzą", ze język to najgorsza broń na wroga!;) Problem był taki, że bez połączenia z internetem to mało co można pooglądać ;).

......
......

Maroko okazało się próbą przetrwania:

  • dla naszych dzieci – przetrwania bez internetu,
  • dla nas rodziców – próbą przetrwania z „Dziećmi bez internetu" ;).

Jak dzieciaki potrafią sobie znaleźć zabawę w niecodziennych warunkach nie posiadając dostępu do komórek znajdziecie trochę niżej.

......
......

Atlas Wysoki -  przełęcz Tizi N'Tichka

......
Przejażdżka przez Góry Atlas była niesamowita. Atlas Wysoki, w który wjechaliśmy po ominięciu Marakeszu, robi wrażenie.
Góry ciągną się prawie przez cały obszar Maroka: od Oceanu Atlantyckiego do Morza Śródziemnego. Z Marakeszu na południe i południowy wschód kraju prowadzą trzy główne drogi, każda z nich jest piękna i każda oferuje coś innego. Pierwsza z nich prowadzi do najwyższego punktu Atlasu Wysokiego czyli szczytu Djebel Toubkal. Jeżeli ktoś marzy o zdobyciu 4-tysięcznika, to będzie właśnie jego "droga". 
......
......
Toubkal ma 4167m nam i jest on jednocześnie najwyższym szczytem Maroka i całej Afryki Północnej. Będzie to na pewno świetna wyprawa.... ale bez małych dzieci.  Nie dajmy się zwieść pogodzie. Codziennie rano wstawało słońce, błękitne niebo rozlewało się nad naszymi głowami, temperatura wzrastała do około 22 stopni. Niemniej jednak trzeba pamiętać, że góry te, mimo że na zdjęciach może tak nie wyglądają, są naprawdę wysokie. Kilka razy mijaliśmy szlabany, które gdy trasa przez góry staje się nieprzejezdna, są zamykane. Była to tak zwana granica śniegu: "frontière de neige". 

Na razie jednak musimy odpuścić sobie Toubkal, ale chętnie zdobyłabym taki 4-tysięcznik - może jeszcze tu wrócę!
......
......
Jedziemy drugą, południowo-wschodnią trasą. Przed nami przełęcz Tizi N'Tichka czyli inaczej Przełęcz Pastwisk. Jest ona najwyżej położoną przełęczą w Górach Atlas. Szczerze mówiąc mieliśmy sporo szczęścia; w grudniu opady śniegu mogą uniemożliwić przedostanie się w głąb kontynentu. Droga, która prowadzi przez góry jest całkiem niezła. Spodziewałam się znacznie gorszego stanu dróg w Maroku, stąd decyzja o wynajęciu samochodu terenowego. Z drugiej strony zachowanie ostrożnościowe w sytuacji, kiedy przejeżdżasz przez bardzo wysokie góry, jest po prostu mądre. Mieliśmy tego już za chwilę doświadczyć: zaraz przed przełęczą stanęliśmy w korku. Nieprzewidziane okoliczności zmusiły nas do 1,5 godzinnego czekania aż droga zostanie odblokowana.
......
......
Oczywiście przyczyn postoju nie znałam, ale pewnie "gdzieś tam" przed nami, na tyle daleko, że nawet horyzont nie obejmował drogi, wywrócił się samochód. To bardzo prawdopodobne: droga jest kręta, pełna serpentyn, wije się jak wąż pomiędzy szczytami. Wyobrażcie sobie, że stoicie w takim korku i pada śnieg! Tutaj nie ma stacji benzynowej - trzeba zatankować wyjeżdżając z Marakeszu, nie ma sklepu, ani żadnego innego budynku, gdzie moglibyśmy się schronić przed zimnem.
......
......

Uwięzieni w górach Atlas 

......
Jesteśmy na dwóch tysiącach metrów i zdecydowanie nie jest to Europa, gdzie co parę kilometrów znajdziemy miasteczko, lub chociażby jakąś wioskę. Tutaj nie ma nic cywilizowanego, jesteśmy otoczeni wielkimi górami, a jedyną oznaką ludzkiej ręki jest droga. Słychać tylko beczenie baranów wypasanych na stokach przez berberyjskich pasterzy. Zastanawiacie się pewnie: są pasterze to i jest wioska! Skądże znowu, pasterze oddalają się od swoich lepianek położonych wysoko w górach, daleko od drogi i przemierzają dziesiątki kilometrów. Jeżeli zabraknie Ci benzyny, to masz problem, berberyjski góral nie nosi ze sobą kanistra;) Tak więc z przestrogą: w górach trzeba być zawsze przygotowanym na niespodziewane.
......
......
Czekanie, czekanie.... Mąż uciął sobie drzemkę za kierownicą - i dobrze, bo był przecież naszym jedynym kierowcą:) A dzieci?
Starsze trochę zblazowane próbowało słuchać muzyki, natomiast dwójka młodszych znalazła sobie świetną zabawę. Szukali skamielin i minerałów. Wynajdywali kawałki skał i rozłupywali je w poszukiwaniu kolorowych kryształów. I tak zleciały prawie dwie godziny:) W końcu usłyszeliśmy głośne pokrzykiwania kierowców wracających do swoich samochodów.
Możemy jechać dalej!
......
......

Warzazat - Brama Sahary

Zjeżdżamy z gór, krajobraz wypłaszcza się. Ziemia jest żółto-pomarańczowa, sucha, porośnięta tylko niskimi krzewami. 1,5-godzinny poślizg na przełęczy Tichka pokrzyżował nam totalnie plany. Przed samym wjazdem do Warzazat, znajduje się jeden z najpiękniejszych ksarów Maroka : Ajt Bin Haddu. Zamierzaliśmy go obejrzeć przed zachodem słońca.... Niestety słońce już się chowało, a my mieliśmy jeszcze jakąś dobrą godzinę do miasta. Nie ma sensu jechać po zmroku, jesteśmy w Afryce, jest ciemno, że oko wykol. Nie ma przy drogach odblasków, które by wskazywały trasę. Bez Google maps łatwo się zgubić i nocleg na środku "niczego" gwarantowany. Nie mówię, mogą to być ekstremalnie piękne przeżycia;) Ja jednak teraz wolę się wykąpać w gorącej wodzie, bo na zewnątrz temperatura spadła już do 12 stopni. Marzę o zmyciu z siebie całego pomarańczowego pyłu.

......
......

Docieramy na Warzazat, miasta słynącego z wytwórni filmów. Przejeżdżamy koło Atlas Film Corporation Studios, gdzie kręcono takie filmy jak Aleksander, Klejnot Nilu, Gladiator i oczywiście Grę o tron:) Samo miasto jest trochę takie surrealistyczne: na środku pustyni, "in the middle of nowhere", z budowlami oryginalnymi takimi jak Ajt Bin Haddu a z drugiej strony monumentalnymi budynkami stworzonymi na potrzeby wytwórni filmowej. Nie opowiem Wam co można zwiedzić w mieście, bo nie było tego w naszej rozpisce podróży. Zresztą nie interesują mnie "sztuczne" budowle a te unikalne dla południa Maroka. 

......
......

Jest już późny wieczór, gdy docieramy do naszego Kasbahu. Cicho wita nas piękna dziewczyna zza rzeźbionego w drewnie biurka. Owinięta w chustę, ale bez zasłoniętej buzi, przywołuje pomoc do wniesienia walizek. 

......
......

Wszyscy z pochylonymi głowami, unikają patrzenia w oczy. Nie wiem jak nazwać to zachowanie, ale było to coś w rodzaju skromności przy jednoczesnym braku gwałtowności i z ogromnym szacunkiem do nas turystów. Nie jest to takie jednoznaczne w Maroku, w zasadzie byłam zdziwiona. Generalnie turystów, jak wszędzie na świecie, traktuje się jako potencjalne źródło dochodu: wszędzie coś ci oferują, chcą się targować, otwarci i uśmiechnięci, odważni - takie wrażenia miałam po zwiedzeniu Essaouiry. Tutaj jest trochę inaczej - czułam się jak księżniczka przyjmowana na zamku, gdzie służba jest dyskretnie usunięta w cień, ale zawsze pod ręką. 

......
......

Już przy wejściu otrzymaliśmy wszyscy kolorowe skórzane pantofle, po kasbie nie chodziło się w butach. Kasbah Dar Daif znajduje się w przepięknym starym budynku na granicach miasta, a jego oryginalna budowla robi niesamowite wrażenie. W środku przywitał nas apartament złożony z kilku maleńkich izb, granatowo-złotych. Na stole rozłożono srebrną tacę z mocną, słodką herbatą z liści mięty, ciasteczkami, orzeszkami i pomarańczami. Po trudach podróży taki luksus!:) 

......
......

Dolina Róż i Dolina Dades

......
Wczesnym rankiem wyjeżdżamy z Warzazat. Jest mroźno, tylko trzy stopnie. Okutani w puchówki wsiadamy do samochodu. Słońce wynurzyło się już zza horyzontu, będzie piękna pogoda, ale cieplej zrobi się koło południa. Po drodze z Warzazat mieliśmy w planach wstąpienie do Doliny Róż i Doliny Dades.
......
......
W szybie migały nam pustynne widoki, płaskie, żółto-pomarańczowe krajobrazy poprzetykane miasteczkami, a właściwie wioskami. Im dalej na południe tym ciężej porozumieć się z Marokańczykami. Wszędzie obowiązujący język francuski nagle przestaje istnieć. Po angielsku nie ma szans, arabski też nie zawsze, tutaj króluje berberyjski. Z ciekawostek muszę wam powiedzieć, że obecny król wprowadził niedawno język berberyjski do szkół jako oficjalnie obowiązujący. 
......
......
Dogadujemy się na migi. Co jeszcze charakterystyczne dla południa Maroka? Mój mąż nazwał go Krainą Tysiąca Murów. Gdziekolwiek jedziemy wszystko otoczone jest wysokimi, zbudowanymi z miejscowego, jasnego kamienia lub piasku, murami. Nie tylko domy, ale również zakłady (bo nie można ich nazwać fabrykami, są za małe), szkoły, budynki policji, urzędów, i... boiska szkolne. W Maroku jest mnóstwo boisk do piłki nożnej, nie ważne jak mała jest miejscowość, zawsze jest wielkie boisko:) 
......
......

Dolina Róż była dla mnie totalnym rozczarowaniem. 

......
......

Nie wiem jak jest w kwietniu, kiedy zakwitają te wszystkie krzewy różane, ale w grudniu nie ma tam nic ciekawego. Sama miejscowość jest brzydka i raczej brudna, zaniedbana. Wstąpiłam jedynie do jednego ze sklepików, aby kupić wodę różaną i olejek z opuncji figowej, ale o naturalnych skarbach Maroka dowiecie się z następnych postów.

......
......

Z kolei Dolina Dades robi wrażenie, miejsce musi być świetne do zwiedzania w ciszy i spokoju.

......
......

Jest jeden mankament: jeżeli masz wykupioną wycieczkę, raczej jest to spęd turystów. Miałam okazję zobaczyć to na własne oczy. Kiedy przyjechaliśmy na coś w rodzaju tarasu widokowego, było tam zaparkowanych chyba z pięćdziesiąt samochodów terenowych, turyści wysypani na skraj tarasu pstrykali szybko fotki. Między nimi kręcili się miejscowi sprzedawcy chust, sukienek, innych tanich gadżetów. Było bardzo głośno, krzycząc po francusku przewodnicy wzywali po paru minutach do samochodów: "Szybko, szybko! Jedziemy!".

......
......

Położony nad krawędzią doliny parking zrobił się po minucie całkiem pusty. Zostaliśmy tylko my. Usiedliśmy na kamieniach, wyciągnęliśmy chleb, pomarańcze i ciastka ze śniadania i w spokoju i ciszy zjedliśmy lunch:) Sprzedawca próbował nas "zagadać", zapytał skąd jesteśmy i czy nie jestem przypadkiem jakąś piosenkarką;) bo wyglądam na gwiazdę muzyki. No i miał rację: Gwiazda ze mnie przednia, już się taka urodziłam:) Choć z tym śpiewaniem... to lepiej z playbacku;)

......
......

Erg Chebbi

......

Popołudniem dojeżdżamy do Erg Chebbi. W oddali widać złote od słońca wydmy. Przez ulicę przechodzą wielbłądy. Jest już godzina piąta, jesteśmy spóźnieni. Miasteczko wygląda na malutkie, ale i tak udało nam się zgubić.

......
......
......

Porwanie

......

Na wyznaczone przez przewodnika miejsce zbiórki prowadzi nas wujek Google. Wjeżdżamy w centrum, w wąskie uliczki, przeciskamy się samochodem pomiędzy sklepikami, rozstawionymi straganami, ludźmi którzy przechodzą zawsze przed samym samochodem jakby mieli zaraz pod niego wpaść. Po chwili orientujemy się, że coś jest nie tak: jesteśmy gdzieś na obrzeżach, pomiędzy pustymi budynkami, turystów nie widać, a garstka miejscowych patrzy na nas ze zdziwieniem. Za nami od pewnego czasu jedzie inny samochód terenowy. Nagle wyskakuje z niego dwóch wysokich Marokańczyków i szybko podchodzą do naszego samochodu.

......
......

Mój mąż chce odjeżdżać, ja oponuję. Otwieram okno a Marokańczycy zaczynają głośno coś do nas mówić po francusku. Przez chwilę zachowawcza gonitwa myśli: „Niemożliwe, że chcą nam coś zrobić. Jak każda inna turystyczna miejscowość na świecie, Erg Chebbi żyje przecież z turystów."

......
......

I faktycznie: nasi Oprawcy okazali się Wybawcami:) Wsiedli do swojego samochodu i kazali za sobą jechać:) Oczywiście, żeby adrenalina nas nie opuściła, poprowadzili nas bezdrożami, daleko od uczęszczanej drogi. To był dopiero przejazd jeepem! Pustynia, złoczyńcy i my - samotna rodzina z dalekiej Europy skazana na litość arabskich najemników;)

Można wrócić do Warzazat i film nakręcić;)

......
......

Oczywiście koniec był mniej heroiczny niż na filmie. Dojechaliśmy na miejsce zbiórki, gdzie gorąco podziękowaliśmy naszym wybawcom. Czy to ten wigilijny czas nas chronił, czy też ludzie są po prostu lepsi niż my chcemy ich widzieć?

Czas zacząć wyprawę w głąb pustyni!

......
......

Wigilia

......

W grudniu na pustyni jest naprawdę zimno: temperatura spada do zera w nocy. W dzień ciepło, w nocy przeszywający chłód. Czy to takiej nocy narodził się Jezus?

......
......

Wigilia...

Było zupełnie inaczej niż zazwyczaj, ale na pewno niezapomnianie. Nie było choinki, ani innego drzewka; nie było stajenki, ale był namiot uszyty z surowej wełny kolorowo poprzetykanej w różnych wzorach; nie było 12 dań, była kolacja z jednego dużego garnka (tażina); nie było opłatka, ale był chleb i nim się dzieliliśmy i składaliśmy życzenia; nie było prezentów, darem dla siebie byliśmy my.

......
......

Po kolacji rozpalono ognisko. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałam tylu gwiazd na niebie. Czarną i cichą pustynię przeszył dźwięk pieśni śpiewanej chropowatym głosem przy miarowym dudnieniu bębnów. 

......
......

Boże Narodzenie świt

......
......

Koniec 

......

I to już koniec naszej opowieści o podróży na pustyni Erg Chebbi. Ale jak to zwykle w filmach bywa - zostańcie jeszcze "po napisach końcowych" ;).

Myślicie, że jest zadowolona?:)
......

Zobaczone, zasłyszane - czyli ciekawostki z podróży 

......

Podczas naszej wyprawy mieliśmy okazję wjechać w środek manifestacji kobiecej. Po konsultacjach z moich szwagrem - Jordańczykiem, którego poprosiłam o tłumaczenie, wiem, że kobiety wyszły na ulicę, aby walczyć o zmiany w mieście. Niestety nie powiem Wam jakie zmiany, bo część napisu była nieczytelna. Ale skoro blog nasz jest prowadzony przez dwie silne kobiety: Anię i mnie, to pozwalamy sobie dopowiedzieć historię wg naszej modły, wg naszych myśli i przekonań. Dla nas to była manifestacja o prawa kobiet!

......
Prawo kobiet do samostanowienia o sobie. Bądźmy tolerancyjni dla innych religii, kultur i szanujmy człowieka bez względu na płeć.
......

By accepting you will be accessing a service provided by a third-party external to https://followmyflow.com.pl/