Patagonia. Na trasie najpiękniejszego trekkingu świata

Masyw Torres del Paine
Kiedy przez cały dzień nie masz internetu, odległości między domami sięgają nawet 100 km, a Europa z tej perspektywy jest nie większa niż malutki kawałek sushi na wielkim talerzu, to właśnie wtedy zostajesz sam ze swoimi myślami i nabierasz odpowiedniego dystansu do problemów tych prawdziwych i tych w jakie chcą Cię wpędzić inni, dystansu do historii świata i do ludzkiej gonitwy bez pardonu. Zostajesz tylko z najbliższymi ludźmi, towarzyszami podróży w obliczu ogromu i nieugiętości żywiołów natury i musisz, po prostu musisz, odnaleźć w sobie chęć odkrywania świata, szacunku do innych i dziecięcą radość z cudu codzienności.
.....
.....
.....
Patagonia. Kraina dzika, olbrzymia, odległa, niedostępna, przepastna, znana z filmów na kanałach przyrodniczych. Królestwo nieprzyjaznych porywających wiatrów znad gór i Antarktydy, spokojny dom dla dziko żyjących zwierząt, przystań dla ludzi spragnionych spokoju a czasem i samotności. Równocześnie miejsce, w które można pojechać na własna rękę, z namiotem, z termosem, samem lub z najbliższą osobą by doświadczyć harmonii i idylli. Jak to możliwe, czy są jeszcze gdzieś takie miejsca z dala od zgiełku i odpustowych straganów z pamiątkami? Otóż są, znajdziecie je w Patagonii, w El Chalten. 
.....
.....

Patagonia - El Chalten i Fitz Roy

.....
Udajemy się tam wprost z El Calafate u stóp lodowca Perito Moreno. Tym razem dystans jest na tyle "mały", że możemy przebyć tę trasę busem. Podróż zajmuje nam około trzy godziny w bardzo wygodnych warunkach. Droga jest prosta, wiedzie przez niezmącone niczym krajobrazy. Nie ma domów, nie ma fabryk, nie ma centrów handlowych i sklepów. Po horyzont jest tylko dzika natura, prerie, góry, koryta rzek i dzikie zwierzęta. A jest jeszcze jeden mały zajazd serwujący kawę z ekspresu i domowe ciasto. Czas tu się zatrzymał i gdyby nie autobusy i ekspres do kawy, można by pomyśleć, że jesteśmy na innej planecie, może nigdy nie odkrytej przez człowieka...ale jednak to droga nr 40 więc nadal Ziemia. :)
.....
.....
Wjeżdżamy do El Chalten i zaraz u jego bram witają nas kultowe zbocza skalnej góry Fitz Roy. Bierzemy taksówkę z dworca do naszej dzisiejszej nocnej bazy, naszego cudownego domku, który na żywo przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Taksi jedzie nie dłużej niż 5 minut a na miejscu znajdujemy malutki, obity blachą domek w samym środku błotnistego podwórka, bo w tym miejscu leje niemal codziennie przy temperaturze w granicach 8 stopni Celsjusza.
.....
.....
Docieramy pod naszą noclegownię czyli małą chatkę, obitą blachą falistą, i pieszczotliwie nazwaną przez nas Silver Palace. Od teraz kultowe, absolutnie kultowe miejsce na mapie Argentyny i tej wyprawy. Jedyny i niesamowity, po prostu cudo. A żeby było zabawniej stoi tuż obok największego chyba w El Chalten hotelu. Któregoś wieczoru taksówkarz najpierw podwiózł nas właśnie pod ten wielki hotel, ale potem, kiedy się zorientowaliśmy, że popełnił błąd, to oczywiście miałyśmy tyle śmiechu, że naprawdę nie mogłyśmy się opanować. Wiecie jak to było? Jak wtedy kiedy w szkole obowiązywała powaga na akademiach, tym bardziej nie można było powstrzymać wybuchów radości :).
.....
.....
.....
Całe El Chalten to miasteczko u stóp kultowej południowoamerykańskiej góry Fitz Roy. Rozłożone leniwie wzdłuż drogi, z kilkoma sklepami, restauracjami, hotelami i jednym SPA, które oczywiście odwiedziłyśmy bo zmarznięte wróciłyśmy z całodniowego trekkingu do Laguna Torre :). W sumie El Chalten to tak naprawdę baza wypadowa dla miłośników patagońskich krajobrazów i trekkingów. Miasteczko powstało tylko po to, aby dać wytchnienie turystom a w tej całkowitej głuszy, to jedyny cywilizacyjny przylądek, wszyscy jego mieszkańcy to przyjezdni, którzy się tu osiedlili. :).
.....

Masyw Torres del Paine i Cerro Torre

.....
.....
Z rana pod Silver Place podjeżdża na rowerze nasza przewodniczka i zabiera nas w góry. Idziemy wprost spod Silver Palace, bo tu właśnie zaczyna się trasa najpiękniejszego, zdaniem wielu, trekkingu świata w kierunku masywu Torres Del Paine i wprost do jeziora polodowcowego w Laguna Torre. Trasa wiedzie przez łagodne wzgórza, polodowcowe doliny, pierwotne lasy, ogromne głazy, nawet piaszczyste połacie plaż w pobliżu rzeki, spalony las sprzed 50 lat, który nie ulega rozkładowi i wygląda jakby dosłownie przed chwilą został ugaszony.

.....
.....
Po 12 kilometrach marszu przez ten przepiękny krajobraz docieramy wreszcie do Laguna Torre ale charakterystyczne ostre skały masywu Cerro Torre ukryły się przed nami w chmurze mgły. Niemniej sam widok i tak jest niezwykły, tajemniczy, trochę jakby z innej planety, kosmiczny. Naszym oczom ukazuje się też jezioro i zasilający je jęzor lodowca. Siadamy na powalonym pniu drzewa i zjadamy prosty ale przez to fantastyczny lunch: kanapki, herbatę z termosu, owoce. Mamy też nowego towarzysza, przysiada się do nas jastrząb. Oczywiście nie karmimy go, ale fajnie, że z nami jest. Siedzi bardzo blisko, obserwuje nas, a nawet naśladuje kiedy staję na jednej nodze :).
.....
.....
Wracamy. Przebyłyśmy trasę ponad 20 kilometrów, jestesmy dotlenione, wykończone, ale niezwykle szczęśliwe. Idziemy prosto do najbliższego baru i zamawiamy sobie dobrą zupę i drinki na rozgrzewkę. Nasze kurtki i buty na szczęście nie przemokły, ale ręce mamy zmarznięte. Potem idziemy do lokalnego old-schoolowego SPA ... haha! a tam niespodzianka, bo wyłączyli prąd w całym mieście :). Czekamy kolejną godzinę aż ktoś usunie awarię i będzie można włączyć saunę. Uwielbiam takie klimaty. 
.....
.....
W Europie już pewnie niezadowolony klient rozpętałby nieziemską awanturę, a tu spokojnie, bez nadmiernych emocji, wszystko ma swoją kolej i jest kolej na wszystko. Po wizycie w SPA udajemy się jeszcze na przepyszną kolację, ja zamawiam gulasz z tutejszej dziczyzny (guanaco), popijamy argentyńskie wino i wracamy do Pałacu ze Srebra.

.....
.....
Jest pięknie, jesteśmy takie zmęczone, fantastycznie zrelaksowane, doładowane śmiechem, pojedzone i rozgrzane sauną i winem. Śpimy w pałacu jak prawdziwe księżniczki. Jeszcze gadamy do późna o tym i owym, wiecie jak to w chacie w środku niczego, ale i w pępku świata. Poza tym już jutro wyruszamy na kolejną planetę, tym razem rodem z Gwiezdnych Wojen.
.....
.....

Nasze spotkanie z Patagonią trwa już kilka dni i wyraźnie czujemy, że wobec ogromu odwiecznej Matki Natury jesteśmy tylko drobnymi kroplami deszczu, jesteśmy a zaraz potem nas już nie ma, nic nie znaczą zasobne lub puste konta, ani złudne poczucie władzy czy kontroli nad innymi. W takich warunkach jesteśmy tylko my sami i ona - nic więcej. Więc jeśli umiesz odnaleźć w sobie potrzebę prostoty i cenisz prawdę bycia sam na sam z własnymi myślami wobec potęgi Natury to musisz jechać do Patagonii by zwyczajnie dać się jej pochłonąć i porwać.

Nie walcz, daj się ponieść! Gwarantuję, że nie będziesz żałować!

.....
.....
.....
.....
.....

By accepting you will be accessing a service provided by a third-party external to https://followmyflow.com.pl/